Maestro - Marcin Kącki

„Maestro przez duże M” takim mianem był określany przez środowisko Wojciech Krolopp, który przez długie lata związany był z poznańskim chórem chłopięcym. Niestety związany nie tylko muzyką. Kącki stara się zrekonstruować atmosferę jaka panowała w chórze za czasów Kroloppa oraz mam wrażenie, że próbuje odnaleźć w nim człowieka. Do ostatniej strony daje mu szanse na wykazanie skruchy i zrozumienie swojej winy. Niestety ten moment nie następuje. Krolopp przez wiele lat molestował chłopców za przyzwoleniem można powiedzieć wielu ludzi zarówno z otoczenia chóru, jaki całego miasta. Kiedy prawda wyszła na jaw wszyscy nagle zaczęli przebąkiwać, że może ktoś tam coś widział albo słyszał, ale nikt nie działał, bo na piśmie nie było żadnych skarg ani twardych dowodów? Żeby nie ryzykować reputacji zdecydowali się milczeć nie myśląc o tych małych chłopcach. WAK był człowiekiem nad wyraz inteligentnym potrafił manipulować dziećmi, ich rodzicami, władzami jak i nawet ostatecznie sądem, gdyż udało mu się część wyroku spędzić poza murami więziennymi rzekomo z powodu złego stanu zdrowia. Po przeczytaniu książki byłam wstrząśnięta, po pierwsze tym, że ktoś może tak krzywdzić dzieci i nic złego w tym nie widzieć, po drugie tym, że wszystko było tajemnicą poliszynela a mimo to nikt nie reagował a ostatecznie, dlatego, że część rodziców, przyjaciół Kroloppa widziało w nim boga. Autor przyrównuje tą historię do drapieżnej rośliny, żarłocznego pnącza, które dopiero po dekadzie uschło i jak się okazało oplata całe miasto. Niestety Kącki nie pociesza nas w ostatnich słowach: „ To trwa i będzie się powtarzać, czy to w Polsce, czy we Francji czy gdzie indziej na świecie. Jest tylko kwestią czasu, by roślina wystrzeliła, wystarczy by pielęgnował ją ogrodnik z talentem ‘Maestro przez wielkie M’.”