Eli, Eli - Wojciech Tochman

Eli, Eli lama sabachtani...

Żyjemy w XXI wiek, kiedy rozwój cywilizacyjny osiągnął już bardzo wysoki poziom.  W sumie nie brakuje nam wiele do pełni szczęśliwości, no może zazdrościmy sąsiadowi samochodu, kuzynce męża, kuzynowi grzecznych dzieci, denerwuje nas, że stać nas na tylko 42calowy telewizor albo, że promocja w sklepie obowiązuje tylko na jogurt tej marki a nie innej. Wczasy? Kiedyś Bułgaria, jako szczyt marzeń, później Włochy, Hiszpania, ale nie można się ograniczać Malediwy, Egipt, Tunezja może Filipiny? No właśnie Filipiny, z jednej strony kraj na pozór bogaty ogromne kompleksy wypoczynkowe, wieżowce, lotniska z drugiej slumsy, gdzie można by sądzić, że czas zatrzymał się. Tochman przedstawia nam losy kilku mieszkańców jednej z najbiedniejszych części Filipin, Onyxu. Jego mieszkańcy każdego dnia borykają się z problemem, co tu ugotować i jak wykarmić dzieci. Nikt nie pilnuje, żeby dzieci chodziły do szkoły, bo ich najważniejszym obowiązkiem jest pomoc w utrzymaniu rodziny stąd analfabetyzm szerzy się w zaskakującym tempie. W książce Tochmana poznajemy tragiczne historie Filipińczyków i czytając je ma się ochotę wstać i krzyknąć: Boże, jakie ja mam cudowne życie, czas skończyć z narzekaniem, bo Ci ludzie mają jedynie prawo do narzekania. A co dziwne oni właśnie nie narzekają, marzą, ale są i realistami, głównym ich celem jest przeżycie. Tochman oprócz problemów Filipińczyków, porusza jeszcze temat tego jak dalece ludzie z dalekiego świata mają prawo żerować na biedzie. Trudne do zrozumienia jest, że ktoś może pragnąć płacić za oglądanie biedy i jeszcze fotografować się z mieszkańcami slumsów, by niczym trofeum chwalić się później takimi fotkami swoim przyjaciołom. I wtedy w głowie pojawia się pytanie, czy aby na pewno jesteśmy takim cywilizowanym światem?